Deprecated: preg_replace(): The /e modifier is deprecated, use preg_replace_callback instead in /www/emm8_new/www/powisle.waw.pl/forum/Sources/Load.php(183) : runtime-created function on line 3

Deprecated: preg_replace(): The /e modifier is deprecated, use preg_replace_callback instead in /www/emm8_new/www/powisle.waw.pl/forum/Sources/Load.php(183) : runtime-created function on line 3

Deprecated: preg_replace(): The /e modifier is deprecated, use preg_replace_callback instead in /www/emm8_new/www/powisle.waw.pl/forum/Sources/Load.php(183) : runtime-created function on line 3

Deprecated: preg_replace(): The /e modifier is deprecated, use preg_replace_callback instead in /www/emm8_new/www/powisle.waw.pl/forum/Sources/Load.php(183) : runtime-created function on line 3

Deprecated: preg_replace(): The /e modifier is deprecated, use preg_replace_callback instead in /www/emm8_new/www/powisle.waw.pl/forum/Sources/Load.php(183) : runtime-created function on line 3
Pokaż wiadomości - Levittoux

Pokaż wiadomości

Ta sekcja pozwala Ci zobaczyć wszystkie wiadomości wysłane przez tego użytkownika. Zwróć uwagę, że możesz widzieć tylko wiadomości wysłane w działach do których masz aktualnie dostęp.


Pokaż wątki - Levittoux

Strony: 1 [2] 3
16
Aktualności, wydarzenia / Wycieczka po Powiślu 30.01.2007
« dnia: Styczeń 16, 2007, 05:12:19 pm »
Znalalazłem takie info:

Cytuj
Wycieczka: "Moje Powiśle"
Data: wtorek 30.01.2007 godz. 11.00
Miejsce spotkania ul. Wiślana róg Browarnej
Przewodnik: P. Skoneczny
Koszt uczestnictwa: 4 zł

Jak dla mnie fatalna pora, ale może ktoś będzie zainteresowany.

17
Historia / Pompa na Solcu - Apel o informacje co się z nią stało
« dnia: Styczeń 12, 2007, 12:48:54 pm »
Na stronie http://www.detal.warszawa1939.pl/ znalazła się następująca informacja:

Cytuj
Pompę postawiono w czasie porządkowania otoczenia trasy Łazienkowskiej w latach 70 XX w.
Pompa stała w pobliżu kościoła św. Trójcy na Solcu. Nie wiemy skąd pochodziła i czy była przedwojenna.
Obecnie pozostał po niej ślad na bruku i kratka odpływowa.


Będziemy wdzięczni za informacje co się stało z tą pompą.


lata 70 XXw.
źródło: Maciej Bernhardt

18
Nowe inwestycje / Apartamentowiec na ul. Szarej - WAN S.A.
« dnia: Styczeń 07, 2007, 11:55:58 pm »
Cytuj


Obiekt o unikalnej lokalizacji przy ul. Szarej na Warszawskim Powiślu w otoczeniu terenów parkowych. Projekt przewiduje niespotykane wykończenie elewacji frontowej wykonanej z kamienia naturalnego z aplikacjami ze stali i szkła.

powierzchnia użytkowa 7.950 m2
miejsca postojowe 25


Na renderze wygląda nawet nieźle.

19
Spółdzielnia Powiśle / Podstawowe dane o spółdzielni Powiśle
« dnia: Styczeń 07, 2007, 11:44:43 pm »
Spółdzielnia Budowlano-Mieszkaniowa "Powiśle"
00-391 Warszawa, al. 3 Maja 12

Wpisana do Rejestru Sądowego została w dniu 22.10.1990 r.

Zasoby Spółdzielni stanowi:
1 571 lokali mieszkalnych o łącznej powierzchni 63 635 m2,
60 lokali użytkowych zajmujących 6 986 m2 oraz
112 garaży na 1 794 m2.
Spółdzielnia w 2005 r. zrzeszała 1 665 członków.

tel./fax (22) 622 93 58

20
Na każdy temat / Bezpieczeństwo
« dnia: Styczeń 06, 2007, 05:43:59 pm »
Artykuł autorstwa jednego z mieszkańców naszej dzielnicy.


Mała zbrodnia  
Tygodnik "Wprost", Nr 1120 (16 maja 2004)
 
Polsce potrzeba Giulianich i Brattonów

Stefan Bratkowski
Publicysta, pisarz, honorowy przewodniczący Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

Podobno 4 proc. polskich obywateli żyje z przestępczości. To ponad półtora miliona osób. Nie wierzę w to, podobnie jak nie wierzę wielu naszym statystykom przygotowywanym bez udziału GUS. Żonglujemy liczbami, odwracając oczy od rzeczywistej, dotykającej wszystkich przestępczości. Zwłaszcza tej "małej", ulicznej, którą dodatkowo przesłaniają afery i zagrożenie terrorystyczne. Tymczasem za czasów ministra Janika ta drobna przestępczość znowu pokaźnie wzrosła. Kolejny minister, Józef Oleksy, ani słowem się do tego nie odniósł. Zwolniono za to z policji osobę dla niej wręcz symboliczną, twórcę Centralnego Biura Śledczego Adama Rapackiego. Nikt w związku z tym nie wszczął alarmu, tak jak to było przy okazji manipulacji z Gromem. Nie ma problemu, zwłaszcza że partia obu ministrów miała coraz większe kłopoty z własnymi przestępcami.

Policja dojazdowa
W mojej okolicy oprych na oczach staruszek wychodzących z kościoła wydzierał kobiecie torebkę. Ponieważ kobieta stawiała opór, przewrócił ją i wlókł kilka metrów po ziemi! Poturbowaną zabrało pogotowie. Tzw. wyrwy stały się tu powszechnym zjawiskiem, choć obok stoi budynek kancelarii Sejmu. Inni rabusie polowali na staruszki u drzwi ich bloku lub mieszkania, by je pobić, czasem śmiertelnie, i ograbić. Policja, owszem, przyjeżdżała, ale po wszystkim.
"Wyrwy" były czymś nagminnym i w Paryżu, i w Nowym Jorku. Wielu tego typu spraw nawet nie rejestrowano, bo ofiary nie wierzyły, że to coś da! Drobnych przestępców policja nie znała, biegali szybciej od cywilnych obrońców prawa, a już młodociani wandale pozostawali całkowicie bezkarni. Prawda, polska drobna przestępczość to idylla w porównaniu z amerykańską. Robert Gamble, bostoński pastor, który pomagał nam przed rokiem 1989, a teraz jako wydawca wrósł w Polskę, wydaje dla dobra sprawy - bo, niestety, bez zysku - książki o przestępczości i bezpieczeństwie. Dzięki niemu ukazały się u nas "Gliny" Marka Bakera z 1985 r., książka ukazująca dramatyczny świat amerykańskiej policji miejskiej. Nie tej federalnej, czyli FBI, ani SWAT (Special Weapons and Tactics), czyli policjantów szkolonych do najtrudniejszych operacji. "Gliny" Bakera to świat zwykłych policjantów, wzywanych do pobić, włamań, kradzieży, publicznych ekscesów seksualnych i gwałtów, czasem tak wymyślnych, że włosy stają na głowie.
Obecny ustrój polskiej policji nadal wydaje się nam "nowocześniejszy" od poprzedniego. W Ameryce, gdzie liczba policjantów przypadających na obywatela jest największa, też tak rozumowano: silne, skoncentrowane komisariaty, łączność elektroniczna zapewniająca błyskawiczne przekazywanie sygnałów o zagrożeniu, centrale monitorowania najbardziej niebezpiecznych miejsc, szybkie samochody, śmigłowce, nowoczesne środki obezwładniania groźnych sprawców, treningi w celnym strzelaniu. Ot, policja na miarę epoki. Niestety, ulice robiły się coraz niebezpieczniejsze, bo jakże tu obstawić kamerami wszystkie zaułki, podwórka i wejścia na klatki schodowe? Policja z "silnych, skoncentrowanych komisariatów" mogła być co najwyżej policją dojazdową.
Kiedyś, owszem, Amerykanie sami dołączali do patroli policji krążących po mieście. W Polsce funkcjonariusze zajmowali się czymś zgoła innym, dlatego w Sopocie na osiedlu Mickiewicza, gdzie co rusz któreś marynarskie mieszkanie padało ofiarą włamywaczy, mieszkańcy sami się zorganizowali - przez całą noc chodziły dwuosobowe patrole z kijami i psem, zmieniając się co dwie godziny. Ale to było dawno.

Rewolucja: policjanci wracają na ulice
I oto nowy, dziś już legendarny burmistrz Nowego Jorku Rudolf Giuliani ściągnął z Bostonu komendanta dla nowojorskiej policji. I Bratton zrobił rewolucję. Bardzo prostą: policjanci mieli wrócić na ulice. Każdy do swojego stałego rewiru, żeby na własne oczy widzieć wszystkich i wszystko. I żeby jego widziano. Żeby wszyscy potencjalni sprawcy tzw. małych przestępstw - szybkich włamań, napadów, grabieży, "wyrw", pobić - wiedzieli i widzieli, że są widziani. By taki przestępca czuł, że nawet jeśli na razie udało mu się umknąć, w końcu policjanci pójdą za nim do mieszkania i zakują go w kajdanki. Policjanci mieli być znani mieszkańcom, mieli stopniowo pozyskać ich zaufanie i skłonić do współpracy. Bratton był pewny, że poczucie zagrożenia, zapotrzebowanie na bezpieczeństwo łączy najsilniej. A któż lepiej od miejscowej społeczności zna małych dealerów marihuany, szczeniaków z nożami i meliny?
Brattonowi wcale nie tak łatwo było przekonać swoich policjantów do patroli, do codziennych kontaktów z mieszkańcami swoich rewirów; nie nawykli oni do zdobywania ludzkiej sympatii. Próbowali jednak i stopniowo przekonały ich wyniki: spadek przestępczości. Tak Giuliani z Brattonem odnieśli sukces. Bratton opisał swe doświadczenia z Bostonu i Nowego Jorku w książce "Przełom". Stała się bestsellerem, a śladem policji nowojorskiej poszły z czasem policje miejskie całych Stanów Zjednoczonych.
Gamble wydał w Polsce "Przełom", a potem pomógł fundacji Ius et Lex sprowadzić samego Brattona. Wydawało się nawet, że zapanowała nań jakaś moda. Tak naprawdę jednak tylko wśród dziennikarzy i ich publiczności; na szczęście ta publiczność wyciąga na ogół jakieś wnioski, stara się coś dostrzec i poprawić. Władze nie robią nic, wszystko zostaje po staremu. Tak jest i tym razem.
Ówczesny komendant policji kupił 400 egzemplarzy "Przełomu" dla swojej kadry, ale od poważnych ludzi policji usłyszałem: "Nawet gdyby ktoś czytał, to się u nas nie przyjmie". Książkę przeczytał i pomysł podchwycił zastępca komendanta głównego Adam Rapacki. Przeczytali też komendant stołecznej policji (były szef biura prewencji komendy głównej), komendant warszawskiego Śródmieścia i wiceprezydent Warszawy do spraw bezpieczeństwa. Przeczytał również prezes naszej spółdzielni mieszkaniowej Torwar, gdzie oprychy atakowały owe samotne staruszki.

Słomiany zapał W Polsce - zdawałoby się - powinno być łatwiej. Są i parafie, i cotygodniowe kazania; jeśli nawet nie słuchają ich sprawcy, to słuchają sąsiedzi. Są też policjanci, którzy - jak ci na warszawskim Targówku - dzięki dobrym stosunkom z mieszkańcami radzą sobie nawet z przemocą w rodzinie!
Wzorem Bostonu spółdzielnie mieszkaniowe Powiśla razem z kilkoma ulokowanymi tutaj poważnymi instytucjami i poprzednią administracją domów komunalnych zawiązały konsorcjum na rzecz bezpieczeństwa (nie weszły do niego finansowe potęgi Powiśla - AIG, Amplico Life, BGŻ, choć im też chuligani wybijają szyby, zwłaszcza po meczach na pobliskim stadionie Legii; nie weszły, bo mają swoich ochroniarzy i nie obchodzą ich tubylcy). Konsorcjum jako inicjatywa znalazło jednak uznanie u Adama Rapackiego, a także komendanta policji stołecznej i komendanta Śródmieścia. Była szansa na przyjaźń ze "swoimi" policjantami. No, ale drobiazg: jak mają wrócić na ulice i zaprzyjaźnić się z mieszkańcami policjanci z komisariatu odległego o całe kilometry, mieszkający na dobitek za miastem? Nasze spółdzielnie gotowe były wręcz wydzielić mieszkania służbowe dla policji. Zabrakło... komisariatu. Bo wiceburmistrz kilkusettysięcznej dzielnicy Śródmieście odmówił oddania na ten cel małego budynku. Dał stare mieszkania, do których po stromych schodach nie wdrapie się żaden staruszek. No i wszystko znowu stanęło w miejscu.
Spółdzielnia Torwar najęła firmę ochroniarską. Za kilkanaście złotych miesięcznie od mieszkania patroluje ona oba osiedla spółdzielni; nie zawsze, ale skończyły się napady i "wyrwy". O współpracy z mieszkańcami na razie nie ma mowy. Ale tak w ogóle: czy to sposób na problem dotyczący całego kraju?

Nie wystarczy złapać Komisariat nie załatwiłby wszystkiego. Nie samo złapanie sprawcy, lecz wyrok wieńczy dzieło policjanta. Nie wystarczy biedny, bezwładny sąd grodzki, gdzieś za miastem, orzekający "znikomą społeczną szkodliwość czynu". Anglosasi mają swe sądy pokoju. Wyobrażam sobie, jak i u nas wybierane w małych (koniecznie małych!) społecznościach osoby zaufania publicznego urzędują 24 godziny na dobę jako sędziowie i zasądzają kary "społeczne", inteligentne, pomysłowe, acz odczuwalne. Policjant natychmiast doprowadza ujętego sprawcę do sądu, gdzie po przedstawieniu dowodów i wysłuchaniu świadków od razu uzyskuje nań wyrok. Potem zaś - razem ze "swoimi" policjantami - można myśleć i o lokalnych towarzystwach postpenitencjarnych, które zajęłyby się zwolnionymi z więzień.
Dla sądów trzeba ustawy. Niestety, żaden minister nie podejmuje tej sprawy.

Jak sobie poradzić z korupcją?
Pominąłem tu jeden temat - korupcji. Toczyła policję nie tylko w Europie, ale i w Bostonie, i w Nowym Jorku. Bratton obserwował jednak na początku swojej kariery, jak "czyścił" policję Bostonu jego poprzednik. Od tego też zaczął z Giulianim w Nowym Jorku.
Korupcji wśród zwykłych policjantów zaradzi ich związek z mieszkańcami: sami będą "na widoku". Nie zaradzi to wszakże korupcji na wyższych szczeblach. Na to trzeba szefów policji. Takich jak Bratton, wspartych przywództwem Giulianich. Polityczni "mianowańcy" wiedzą bowiem, że ich stanowiska zależą od tego, na ile sami podobają się politycznemu ministrowi. W naszej policji ugruntowało taką wiedzę demonstracyjne zwolnienie Rapackiego; nie podano przyczyn, choć wszyscy domyślają się, że chodziło o dostęp do informacji, kogo na widelcu ma Centralne Biuro Śledcze. Podkreślam: łapownictwo jest owocem korupcji politycznej. Bo to z korupcji politycznej bierze się poczucie bezkarności, co zilustrowała sprawa starachowicka. Minister Oleksy zatrzymał Sobotkę. Bez komentarzy.

Stefan Bratkowski

Źródło: http://wprost.pl/drukuj/?O=59965
 


21
Historia / Dobra 7 - kamienica koło szpitala
« dnia: Styczeń 05, 2007, 12:37:20 pm »
Dobra 7
 
Jerzy S. Majewski
2003-09-25,

Kamienica miała modny detal w stylu cesarza Napoleona. Był to jednak styl dla biedaków

Nad wejściem widniało eliptyczne okienko - wole oko ujęte w delikatne, sztukatorskie obramienie. Poniżej okien zwisały festony.


Za i przeciw cesarzowi

Dom zbudowano tuż przed I wojną, w chwili gdy wciąż obchodzono rozmaite rocznice związane z wojnami napoleońskimi. Te rocznice były w 1912 r. i rok później. W 1912 r. przypadała setna rocznica wyprawy Napoleon na Moskwę. Na punkcie cesarza Francuzów szalano, a w architekturze pojawiły się w tym czasie setki motywów inspirowanych sztuką sprzed stu lat. W 1913 r. Niemcy obchodziły hucznie rocznicę bitwy narodów pod Lipskiem, gdzie armia napoleońska została pokonana. To przecież w tamtym czasie, w dobie romantyzmu, zaczęła się budzić świadomość niemiecka zakończona zjednoczeniem Niemiec przez Prusy.

Budowa kamienicy przy Dobrej zaczęła się w 1913 r., a jej właścicielem był Józef Flatau - z pochodzenia Niemiec. Niemcem był także właściciel sąsiednich kamienic Deubel. I jego domy miały uproszczony, klasycystyczny detal. Deubel miał dwóch synów i dwie córki, które nazywano Dajblakami. "Córki były bardzo ładne, synowie chodzili w czapkach z gimnazjum Mikołaja Reja. W niedziele cała rodzina jeździła powozem, nie samochodem, tylko właśnie powozem zaprzężonym w dwa konie do kościoła przy placu Małachowskiego. Później już pojazdy konne przestały imponować większym snobom i pan Deubel kupił sobie samochód. Chyba jeden z pierwszych na Powiślu" - wspomina w książce "Mój przedwojenny świat" Włodzimierz Krzemiński, który spędził w kamienicy Flataua całe dzieciństwo.

Jak "T" po niemiecku

Czy zlecając przyklejenie do fasady domu klasycystycznych dekoracji, Flatau myślał o wskrzeszaniu czasów napoleońskiej przeszłości? Trudno powiedzieć. Jedno jest pewne. Dom odpowiadał oczekiwaniom mody. Na pierwszy rzut oka wyglądał też solidnie. Miał cztery piętra, wysoki parter i suterenę ze sklepami. Sam układ przestrzenny kamienicy różnił się od tego, jaki powszechnie stosowano w Warszawie. Zamiast bramy na osi i podwórka studni miał tuż za domem frontowym, pośrodku posesji oficynę. Całość w rzucie przypominała literę "T". Jak zwrócił uwagę Jarosław Zieliński w "Atlasie historycznym Warszawy", ten układ, unikatowy na gruncie warszawskim, był chętnie stosowany w Niemczech. Może to sugerować, że jakieś związki z Niemcami miał też nie tylko inwestor, ale i projektant budynku. Nie byłoby to zresztą dziwne. Przecież w niedalekiej Łodzi mnóstwo kamienic projektowali architekci ściągnięci z cesarstwa niemieckiego. Aby zaś obejść przepisy, wiele tych "importowanych" projektów sygnowali miejscowi projektanci.

Kamienica na Dobrej miała jedną klatkę schodową o stromych, drewnianych schodach i około 30 mieszkań. Nie był to dom wytworny. Wśród mieszkańców dominowali rzemieślnicy i robotnicy. Mieszkania były jedno- i dwupokojowe, każde z własną ubikacją, jednak bez łazienek.

"Ludzi tu było mrowie. Nie było lokalu zajętego tylko przez jedną rodzinę. Wszędzie siedzieli sublokatorzy, sypiali na dostawianych łóżkach polowych, w przedpokojach, jak popadło. Doprawdy dziś nie umiem powiedzieć, jak się dało urządzić mieszkanie państwa Matuszewskich, gdzie oprócz dwojga rodziców gnieździło się pięcioro dzieci, babcia i sublokator. W małym pokoju, z jeszcze mniejszą kuchnią!" - zastanawia się Włodzimierz Krzemiński. W mieszkaniu jego rodziców (dwa pokoje, przedpokój, kuchnia i balkon) mieszkało siedem osób - pięć osób rodziny i dwóch sublokatorów.

Gdy u pani Matuszewskiej zaczynało się pranie, wystawiała ona balię na podest klatki schodowej, wyłożony czarno-białą posadzką. Te same podesty w dżdżyste dni służyły dzieciarni z kamienic za plac zabaw. Dom początkowo miał oświetlenie gazowe. Dopiero później mieszkańcy na własny koszt zakładali sobie oświetlenie elektryczne. Liczniki gazowe uruchamiane były na monetę. Aby włączyć gaz, trzeba było wrzucić dwie kopiejki.

Deczyk desperuje w szafie

W suterenie kamienicy mieściły się sklepiki i warsztaty. W niewielkim pomieszczeniu, do którego schodziło się po siedmiu schodkach, pracował i mieszkał szewc pan Deczyk. Sypiał na łóżku odgrodzonym od warsztatu szafą. Przed szafą za dnia ślęczał nad butami, a tuż obok czuwał jego wielki buldog. "Z tej sutereny nigdy chyba nie wyszła para nowych, prosto spod szydła, bucików. Tam się tylko łatało: łata przybijana była na łatę, but tracił jakąkolwiek formę, no ale można było w nim iść do szkoły. Któregoś ranka, gdy żona poszła na zakupy, pan Deczyk powiesił się w szafie. Ale i to mu się nie udało. Odratowano go, a potem pił jeszcze więcej" - pisze Krzemiński.

W innej suterenie mieścił się sklep spożywczy Jędrzejewskich. Poza artykułami spożywczymi można było tu kupić papierosy, zapałki, gilzy. Mieszkała tu także m.in. rodzina żydowska Monkobyckich. Senior rodziny, właściciel sklepu z żelastwem na Tamce, ubierał się w chałat do ziemi i jarmułkę. Jeden z jego synów kształcił się na rabina, tak więc chodził w pejsach. "Reszta rodziny nosiła się całkowicie po warszawsku, po świecku, po europejsku. W domu absolutnie nikt nie wyróżniał państwa Monkobyckich jako jakichś tam szczególnych sąsiadów. Dzielili z nami wszystkie kłopoty i z dozorcą, i z komornym".

Kumoszki pytlujące na klatce schodowej wytykały natomiast niejaką panią Głowacką z piątego piętra. Żyła bowiem na kocią łapę z jakimś profesorem. "Większość paniuś z całego domu uważała panią Głowacką za ognisko chodzącego zgorszenia - nie utrzymywano z nią stosunków sąsiedzkich. Odwracano głowy, kiedy przechodziła".

Zmiany wokół

W drugiej połowie lat 30. najbliższa okolica domu przy Dobrej 7 zaczęła się szybko zmieniać. Miejsce starych ruder, niezabudowanych placów i fabryczek zajmowały teraz nowoczesne domy czynszowe i duże budynki spółdzielcze. Powoli dzielnica zaczynała tracić charakter czysto robotniczy. Czynsze za duże i nowocześnie wyposażone mieszkania w nowoczesnych domach na Tamce czy przy ul. Czerwonego Krzyża nie były małe.


Te zmiany zahamował wybuch wojny. W 1944 r. dzielnica została zniszczona, jednak okolice domu przy Dobrej 7 wyszły z powstania obronną ręką. Przetrwało tu wiele budynków. Trudno zatem zrozumieć intencje, jakie przyświecały powojennej administracji domu, aby usunąć i tak bardzo skromne dekoracje. Przecież klasycystyczne motywy chętnie wykorzystywano także w architekturze socrealizmu. Dla fasady tego "napoleońsko"-robotniczego domu nie było jednak litości. Dekoracje skuto. Ta skromna kamienica jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zamieniła się w ohydny murowaniec.

Pisząc tekst, korzystałem z książki Włodzimierza Krzemińskiego "Mój przedwojenny świat", wyd. Zapiski, Warszawa 2001


Cytuj
Powiśle stare i nowe

Wszędzie tam, gdzie Nowa Warszawa jeszcze nie dotarła, Powiśle nie straciło nic ze swego dawnego charakteru i kolorytu. Statystyka również pozostała ta sama. Mieszkania jednoizbowe stanowią tutaj 5/6 części ogólnej liczby. Ilość mieszkań wilgotnych na parterach i piętrach zwyczajnych, facjatach, w suterenach - waha się od 35 do 50 proc.

"Świat" 1938

Sublokator

Zdaniem Włodzimierza Krzemińskiego był stałym elementem pejzażu przedwojennej Warszawy, zwłaszcza takich dzielnic jak Powiśle, ale pewnie też Pragi i dzielnicy północnej. W domu moich pradziadków na pobliskim Solcu sublokatorzy dzielili wspólne pokoje, oddzielając się szafą. "Przynajmniej co czwarty mieszkaniec stolicy zajmował kąt u obcych ludzi, trzymał najniezbędniejsze rzeczy w kuferku pod łóżkiem, powiesił jakieś tam ubranie czy to w przedpokoju, czy to w szafie i tak trwało nieraz latami, zanim się nie ożenił, nie zdobył własnego lokum bądź też nie zrezygnował i nie wyniósł się ze stolicy" - przekonuje Krzemiński.

Metryka Domu

Adres: Dobra 7
Numer hipoteczny: 6973
Zbudowany: 1913-14
Usunięcie dekoracji: po 1945

Źródło: http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34880,1690424.html?as=1&ias=2&startsz=x

22
Historia / Tamka 3 - Alfa Laval
« dnia: Styczeń 05, 2007, 12:29:40 pm »
Tamka 3

Jerzy S. Majewski
2004-07-22

W połowie lat 20, wielki, skandynawski producent dojarek i wirówek do mleka obrał robotnicze Powiśle na siedzibę polskiej centrali
Gdy przed 1927 r. księżna Ludwika Czartoryska sprzedawała posesję przy Tamce 3 na Powiśle powoli zaczynało zmieniać swoje oblicze. "Nowa Warszawa wyrąbuje sobie drogę na Powiśle. Kroczy szybkim krokiem naprzód. Połykając żarłocznie małe, mizerne domki, na pół zbutwiałe, pełne wilgoci i... wspomnień historycznych. Jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, błyskawicznie powstają, nowocześnie zabudowane, nowe uliczki o nazwach mało znanych szerszemu ogółowi: ulica św. Franciszka Salezego, ulica Ignacego Potockiego" - relacjonował dziesięć lat później Maksymilian Jerzy Lubelski.

Do takich nowych ulic należała też Smulikowskiego, zaczynająca się przy Dobrej, załamująca o 90 stopni na północ i wpadająca w Tamkę, tuż obok narożnika Elektrycznej. Początkowo nosiła ona nazwę Herburtowskiej.

W ciągu zaledwie kilku lat Smulikowskiego niemal w całości zabudowana została monumentalnymi gmachami biurowymi i eleganckimi kamienicami. Wraz z sąsiednią Czerwonego Krzyża, pobliską Salezego czy fragmentem Wybrzeża Kościuszkowskiego stanowiła zakątek nowoczesnej Warszawy wyraźnie odróżniający się od ubogiej zabudowy Powiśla.

Kapeluszowe panie schodzą ze skarpy

Na planach Warszawy z pierwszej połowy lat 20. Smulikowskiego jeszcze nie ma. Jedynymi monumentalnymi budowlami są tu gmachy Szkoły Sztuk Pięknych przy Wybrzeżu Kościuszkowskim i Dom Przemysłu Ludowego przy Tamce (pod późniejszym numerem 3). Obydwa powstały z inicjatywy bajecznie bogatych mecenasów sztuki i przyjaciół artystów - rodziny Kierbedziów. Włodzimierz Krzemiński mieszkający w kamienicy przy Dobrej wspomina, że z balkonu swego mieszkania w początku lat 20. widział rzekę.: "Za Wisłą, w dali majaczyły zarysy Pragi. Po drugiej stronie przy Dobrej 10 był ogród gdzie kopała grządki babina w zielonej chustce. Mówiło się o niej Zielony Łepek, bo nikt nie wiedział, jak się nazywa. Mieszkała w ponurym drewnianym szałasie, nosiła kubły z naszej kamienicy i tak sobie żyła - trochę po warszawsku, trochę po wiejsku. W roku 1925 w miejscu ogrodu stanął olbrzymi dom Spółdzielni Urzędników, zamieszkali w nim sami urzędnicy. Dzielnica zaczęła się zmieniać. "Były to rodziny inteligenckie, ich członkowie rzucali się w oczy pośród przechodniów. Nosili się na co dzień tak, jak dotychczasowi mieszkańcy Powiśla, pozwalali sobie najwyżej w niedziele, i duże doroczne święta. Do pracy chodzili w krawatach, panie na każde wejście wkładały kapelusze, były to tak zwane kapeluszowe panie, które wcześniej stanowiły raczej przedmiot złośliwych docinków, bo nasze matki, babki i mieszkanki sąsiednich domów nosiły na codzień chustki na ramionach. Kapeluszowe panie stroiły się zimą w futra, czego się wcześniej tutaj nie widywało. W sklepach spotykaliśmy teraz także służące, dziewczyny kupujące nie dla siebie. Słabo się targowały, były bez widocznych powodów niefrasobliwe i wesołe". - wspomina Krzemiński.

To właśnie w trakcie tych zmian w 1927 przy Tamce 3 zaczęto budować wielki gmach centrali Alfa Laval. Jeszcze przed 1914 r. działała tu fabryka asfaltu Ludwika hr. Krasińskiego, a ostry zapach rozchodził się po całej okolicy. Surowiec do produkcji przywożono ponoć barkami płynącymi z portu w Gdańsku. Teraz obok budynku wytyczono nową ulicę.

Najpierw przy Herburtowskiej

Projektantem centrali Alfa Laval byli niemal zupełnie dziś zapomniani architekci Teodor Łapiński i Józef Krupa. Ze strony szwedzkiej firmy prace nadzorował jej ówczesny dyrektor w Polsce - Zygmunt Rudowski. Prace budowlane prowadziła firma Franciszka Mazurkiewicza, zaś stolarskie Wacława Deubela.


Foto ze strony: http://www.warszawa1939.pl/index.php?r1=tamka_3&r3=0

Nowy gmach otrzymał dwa skrzydła. Krótkie od Tamki i niesłychanie wydłużone od strony przyszłej ulicy Smulikowskiego. W trzypiętrowym budynku frontowym od Tamki znalazły się pomieszczenia biurowe. Gabinety dyrektorskie, pomieszczenia "buchalterji" wydziałów sprzedaży, propagandy (czyli według dzisiejszych standardów - promocji), wreszcie archiwa. Z kolei długim skrzydle od ulicy "nowoprojektowanej", czyli późniejszej Herburtowskiej-Smulikowskiego ulokowano m.in. magazyn wyrobów gotowych i warsztat, w którym naprawiano zepsute wirówki. Od strony podwórka zbudowano też stosunkowo wąski dwupiętrowy pawilon mieszkalny dla urzędników niższego szczebla. Mieszkania nie były duże. Część magazynowa została wyróżniona w elewacji budynku. Jest nieco niższa i ma skromniej opracowany wystrój. W jej wnętrzu znalazło się aż sześć niskich kondygnacji.

Jak na czas powstania, centrala szwedzkiej firmy wyróżniała się dość nowoczesną architekturą. Projektanci zupełnie zrezygnowali z odwoływania się do form narodowych, tak charakterystycznego dla wielu obiektów realizowanych w tym samym czasie w sąsiedztwie. W żadnym wypadku nie jest to jednak obiekt awangardowy, elewacje opięto potężnymi lizenami dźwigającymi arkady. Nadaje to całości charakter nieco monumentalny, klasycyzujący. Za to wnętrza odznaczały się już całą surowością z żelbetowych konstrukcji. Interesanci wchodzący do budynku, widząc żelbetowe filary dźwigające wyeksponowane belki stropowe, nie mieli żadnych wątpliwości, że znajdują się nowoczesnym budynku przemysłowym.


Foto ze strony http://www.warszawa1939.pl/index.php?r1=tamka_3&r3=0 i opis "Od lewej: gmach Towarzystwa Ochrony Sztuki Ludowej i Popierania Przemysłu Ludowego, gmach fabryki Alfa Laval na rogu Smulikowskiego.
W prawym dolnym rogu widoczny płot - obok znajdowała się brama wjazdowa na teren fabryki - dopiero w latach 30-tych została w tym miejscu wytyczona ulica Smulikowskiego."


W wirowaniu niezrównani

W centrali na Tamce handlowano wirówkami i maszynami mleczarskimi szwedzkiej firmy.

Jak pisał w 1979 r. w Pożegnaniach Warszawskich Jerzy Kasprzycki "Wirówki Alfa Laval były najsprawniejsze, najtrwalsze i stosunkowo tanie. W Polsce międzywojennej firma Alfa Laval - za którą stał potężny koncern Separator AB - połączyła się w 1933 r. z poznańską Glorią, jedyną poważniejszą firma krajową tej branży i opanowała niemal całkowicie nasz rynek. W 1939 r. Alfa Laval miała w Polsce już tylko jednego konkurenta w swojej specjalności. Wirówki do mleka produkowała jeszcze fabryka Różakolskiego w Gnieźnie, skądinąd wielce zasłużona dla przemysłu mleczarskiego, a pozostająca nieco w tyle za szwedzkimi konstruktorami i technologami".

Aż do września 1939 r. budynek był ważnym adresem na gospodarczej mapie Warszawy. Zapisał się też kilka lat później w dziejach Powstania Warszawskiego. Tu działała m.in. wytwórnia granatów, materiałów wybuchowych i butelek zapalających, prowadzona przez porucznika Lecha Budzyńskiego "Jacka". Obszerne pomieszczenia biurowe zajęto z kolei na szpital polowy. Był on prowadzony przez dr. Bolesława Bartenbacha ps. "Teofil". Jak ustalił znawca dziejów Powstania Warszawskiego Stanisław Kopf z Teofilem pracowali lekarze: Janina Kozłowska, Henryk Janikowski i Hanna Gospodarowiczówna. Tuż obok budynku, w poprzek Smulikowskiego usypany był wał z ziemi. Barykada z samochodów stała też w głębi ulicy, już za budynkiem Alfa Laval.

6 września żołdacy Oberführera SS Oskara Dirlewangera wymordowali rannych w szpitalu. Zginęło około 30 cywilów i 7 żołnierzy AK. "Rannego pracownika Ubezpieczalni Społecznej Władysława Rewickiego leżącego na noszach dobili przed wejściem do powstańczego szpitala" - pisał Kopf w książce "Termopile Warszawskie". Sam budynek szczęśliwie przetrwał wojnę, podobnie jak nieomal cała zabudowa ulicy Smulikowskiego. Przez lata zaniedbany, pocięty śladami po kulach, jakiś czas temu doczekał się remontu.
Źródło Gazeta Wyborcza: http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34880,2192822.html


23
Historia / "Powiśle sprzed lat" - Jerzy S. Majewski
« dnia: Styczeń 05, 2007, 12:07:13 pm »
Powiśle sprzed lat

Jerzy S. Majewski
2006-06-01,
ostatnia aktualizacja 2006-06-01 22:23

Tam, gdzie kiedyś dymiły kominy, teraz są ogromne parki. Powiśle, zniszczone w czasie wojny, odrodziło się w nowym kształcie, stając się przykładem rekultywacji terenów poprzemysłowych.
Wczoraj w naszej "Gazecie" znaleźliście państwo "Spacerownik" po Powiślu. To pierwszy z cyklu sześciu przewodników po warszawskich dzielnicach. Ten jest szczególny, bo prowadzi po miejscach, które po drugiej wojnie światowej zmieniły się nie do poznania.

Niegdyś ponad górnym Czerniakowem przy Ludnej wznosiły się ogromne zbiorniki gazu, a na Powiślu w rejonie Tamki i Dobrej w niebo piął się ogromny, wysoki na 80 metrów komin elektrowni. Cała dzielnica od Mariensztatu po port na Czerniakowie miała charakter przemysłowy. Przy Dobrej produkowano wódki, filtrowano wodę, na Przemysłowej metalową siatkę, na Solcu pracował wielki młyn i szlachtowano woły sprowadzane aż z Podola, na dolnej Smolnej budowano wagony kolejowe, a na Ludnej i Książęcej jeszcze na przełomie wieku XIX i XX wytwarzano piwo oraz kobierce.

Powiśle, rozrastające się coraz bardziej na południe, zlewające się z górnym Czerniakowem i Solcem, było dzielnicą zaniedbaną, zamieszkaną przez ludzi ubogich, często wyrzuconych na margines społeczny, potem zaś, w wieku XIX zdominowaną przez robotników okolicznych fabryk. Na początku wieku XIX, gdy na skarpie powstawało nowoczesne miasto, Powiśle żyło odrębnym życiem. Ulicą Karową toczyli ku Wiśle taczki z końskimi nieczystościami aresztanci ukarani przez księcia Konstantego. W chylących się ku ziemni ruderach gnieździła się zwykła bieda.

"Malwina zeszła ku Wiśle do zupełnie jej nieznanego przedmieścia; lecz widząc niskie klitki, szczupłe zagrody, ubogim pospólstwem zamieszkane (...) wracać już chciała" - czytamy w najwybitniejszej polskiej powieści sentymentalnej "Malwina, czyli domyślność serca" księżnej Marii z Czartoryskich Wirtemberskiej. Tej arystokratce, wychowanej w Puławach, Powiśle około 1812 r. musiało przypominać siódmy krąg piekieł.

Tak było też kilkadziesiąt lat później, gdy Bolesław Prus pisał "Lalkę". Spacer Wokulskiego po dzielnicy to jeden z najbardziej ponurych opisów Warszawy z wieku XIX.

Powiśle radykalnie zaczęło odmieniać się dopiero w latach 30., kiedy to ze skarpy ku Wiśle powoli "zsuwały" się luksusowe kamienice o nowoczesnej architekturze i komfortowych mieszkaniach. Dziś przypominamy kilka kompletnie odmienionych fragmentów tej części miasta.

Przemysłowy narożnik

Trzeba wyobraźni, by przedstawić sobie wygląd narożnika Ludnej, Książęcej, Smolnej i Czerniakowskiej przed 150 laty. Dziś szumią tu drzewa Parku Kultury. A wzdłuż jezdni parkują samochody. Można odnieść wrażenie, że zawsze w tym miejscu był park. Nic bardziej błędnego. Niegdyś stały tu liczne budynki fabryczne. Na fotografii z lat 60 XIX w. oglądamy to miejsce od strony Książęcej w kierunku Ludnej. Długie budynki po lewej to dawna Rządowa Fabryka Machin Żelaznych założona w 1826 r. Tu w latach 40. rozpoczęli pracę Wilhelm Rau i Stanisław Lilpop. Kilka lat po powstaniu naszej fotografii wraz z trzecim wspólnikiem przejęli ją, zakładając najsłynniejszą warszawską fabrykę mechaniczną Lilpop Rau i Loewenstein. Niski budynek w głębi stał na Ludnej u wylotu Czerniakowskiej. To dawna Rządowa Fabryka Dywanów i Kobierców założona w 1817 r. W 1852 zabudowania przejęło Towarzystwo Oświetlenia gazem, a z czasem perspektywę ulicy zamknęły zbiorniki gazu.

Przetrwały tylko na zdjęciach

Jeszcze w XVIII wieku w zabudowie Powiśla królowało drewno. Drewniane kamieniczki na Tamce można było spotkać jeszcze na początku lat 30. XX w. Ale najbardziej efektowne były spichrze. Te ostatnie budowano wzdłuż Wisły. Zaczęły one znikać już w czasach Królestwa Kongresowego, a do początku wieku XX dotrwały tylko nieliczne. Ich architekturą zachwycali się malarze, fotograficy i architekci.
http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34880,3389069.html

24
Historia / Górnośląska 45 - pałac podskarbiego Poniatowskiego
« dnia: Styczeń 05, 2007, 12:02:28 pm »
Górnośląska 45

Jerzy S.Majewski
2003-05-01,
 
Pałac księcia podskarbiego litewskiego Stanisława Poniatowskiego olśniewał. Miał też piękne położenie na stoku skarpy. Istniał krótko

Książę wspominał w pamiętnikach: "Mieszkałem na wsi, pod miastem". Wieś nie była odległa od Warszawy. Znajdowała się między Nowym Światem a Łazienkami, przy obecnej Górnośląskiej. Dziś w miejscu pałacu istnieje szkoła podstawowa, a w głębi zabudowania ambasady Niemiec. W końcu XVIII w. była to okolica zaciszna. Poniatowski nadał rezydencji nazwę Ustronie.

Książę należał do najbogatszych magnatów ówczesnej Europy, samych poddanych miał pół miliona. Król obdarował go ogromnymi dobrami na Ukrainie, a książę znakomicie na nich gospodarował.

Urodzony w 1754 r był synem podkomorzego koronnego Kazimierza Poniatowskiego i bratankiem króla Stanisława Augusta. Założył też istniejącą do dziś we Francji linię książąt Poniatowskich.

Monumentalnie, ale z lekkością

Jak ustalił historyk sztuki prof. Tadeusz S. Jaroszewski, projekt podwarszawskiej rezydencji Poniatowski zamówił u architekta Stanisława Zawadzkiego ok. 1777 r. Do budowy przystąpiono kilka lat później. Pałac, czy raczej podmiejska willa, składał się z dwóch oddzielnych pawilonów założonych na rzucie prostokątów i połączonych galeriami kolumnowymi zamykającymi wewnętrzny dziedziniec. Z boku dostawiona była długa oficyna. Zawadzki posłużył się arsenałem klasycystycznych motywów: boniowaniami, kolumnadami w porządku doryckim, fryzami tryglifowo-metopowymi. W niszach stały rzeźby, a płyciny zdobiły klasycystyczne dekoracje architektoniczne. Wszystkie te elementy nadawały budowli wrażenie monumentalności i surowości. Paradoksalnie monumentalność nie oznaczała braku lekkości. Tak jak inne realizacje Poniatowskich rezydencja Ustronie wyróżniała się finezją. Wszystko tu było na miejscu, w dobrym guście, a architektura wtapiała się w krajobraz.

Pałac górował nad skarpą, był widoczny z daleka. Ponad kolumnady i łamane dachy pawilonów miały wyrosnąć smukłe topole włoskie. Na skarpie i za pałacem rozciągał się malowniczy park krajobrazowy. Jak zauważył prof. Jaroszewski, na zachowanych widokach pałacu, ponad dziedzińcem widać rozpiętą siatkę. Zdaniem profesora sugeruje to, że dziedziniec wykorzystywany był na ogromną ptaszarnię na wolnym powietrzu.

Kawa w letnim salonie

Najefektowniej prezentowała się elewacja od strony skarpy. Stąd rozciągał się rozległy widok na dolinę Wisły. Zawadzki zaprojektował tu półokrągły salon zwany Tempio. Ujęty dorycką kolumnadą był półotwarty na skarpę. Podobny salon przetrwał do dziś w nieco późniejszym pałacu w Natolinie.

W salonie w ciepłe dni książę mógł przesiadywać pod dachem i przy kawie rozmawiać z przyjaciółmi. Do księcia wpadał jego ojciec podkomorzy Kazimierz Poniatowski, właściciel rezydencji w Górze (tam, gdzie dziś Muzeum Ziemi). Jak wspominał Leon Potocki, książę podkomorzy nim związał się w ostatnich latach swego życia z Agnieszką Truskolaską "utrzymywał lubownicę znaną w Warszawie pod nazwiskiem pięknej Józefki, wydał ją potem za Zapolskiego [koniuszego królewskiego Piotra red.] i zapisał pałacyk z ogrodem". Ową Józefką była czarnooka pani Józefa Bodachowska, a pałacyk zwany Tivoli stanął w sąsiedztwie Ustronia, na obecnych terenach sejmowych po drugiej stronie dzisiejszej Górnośląskiej.

O innych gościach wspominał sam podskarbi Stanisław Poniatowski. Odwiedzał go i Hugo Kołłątaj, i marszałek sejmu Stanisław Małachowski. Bywał tu wreszcie sam król Stanisław August Poniatowski. "Król był u mnie na obiedzie 7 maja 1788 r., w wigilię swych imienin. Ofiarowałem mu złotą wazę, którą otrzymałem od elektora bawarskiego, dzieło piękne, o dużej wartości historycznej. Król był wielce ucieszony, obiad przebiegał sympatycznie" - wspominał książę podskarbi.

Konno pod jadalnię

Obydwaj Poniatowscy byli wytrawnymi znawcami sztuki, jej mecenasami i kolekcjonerami. Wnętrza willi księcia podskarbiego musiały wprawiać w podziw. Poniatowski bywał w świecie, przyjmowany był na dworach. Zakochany był w sztuce Anglii i Italii, gdzie w końcu po upadku Rzeczypospolitej osiadł na stałe.

Zdaniem prof. Jaroszewskiego projekt willi budził zdumienie. Był niezwykle nowoczesny i starannie przemyślany: "Nie było tu właściwej dla baroku symetrii w układzie pomieszczeń, nie było pomieszczenia głównego, któremu w barokowym pałacu musiały być podporządkowane inne. Sypialnia nie miała paradnego charakteru, pozostałe pomieszczenia nie tworzyły typowego barokowego apartamentu. Studiując plan, odgadujemy bez trudu, że było to mieszkanie człowieka bardzo bogatego, kawalera, kolekcjonera dzieł sztuki i amatora jazdy konnej. Przestronność siedziby pozwalała mu na zapraszanie przyjaciół i przyjemne spędzanie z nimi czasu. Mógł pogalopować z przyjaciółmi w krytej ujeżdżalni bez względu na pogodę, potem zjeść doskonały obiad i nacieszyć się dziełami sztuki".

Z letnim salonem Tempio sąsiadował gabinet o zaokrąglonych narożach, dalej była sypialnia, z której dwa okna wychodziły na mały dziedziniec. Ważnym pomieszczeniem była galeria rzeźb antycznych. Z kolei z jadalni wychodziło się na galerię w krytej ujeżdżalni.

Suworow w pokoiku

Poniatowski krótko cieszył się rezydencją. Gdy po upadku powstania kościuszkowskiego na krótko przybył do Warszawy, w swoim pałacu zastał zdobywcę Warszawy w listopadzie 1794 r. Aleksandra Wasiliewicza Suworowa, który na Ustroniu urządził kwaterę.

"W mojej podmiejskiej willi mieszkał Suworow. Chciałem dom zobaczyć, więc nie mogłem go unikać. Gdzież go jednak zastałem? W izdebce, gdzie przygotowywano dla mnie kawę. Podszedł do mnie i rzekł: »Wstydzę się, że tu mnie pan zastaje. Proszę jednak sprawdzić, jak utrzymuję pański dom «. Kazał uprzednio złożyć do magazynu wszystkie meble. Nigdzie nie było stołów ani krzeseł, a w pokoiku, gdzie urzędował, był tylko stolik z dwoma krzesłami, jak w najnędzniejszej oberży. Kiedy nadszedł mój stróż, pokłonił mu się w pas, mówiąc: »Suworow, do twych usług «. Takim był człowiek, który wyrżnął całą ludność Pragi widocznej stąd przez okna. Znał mnie od dawna, więc rzekł zupełnie otwarcie: »Musimy zacząć wojnę z Francją. Mnie wezmą na wodza naczelnego «. Potem rozwinął przede mną projekt potwornych rzezi, które zaplanował. Chciał mnie zaprosić na obiad, lecz to mi nie dogadzało. Wyjeżdżałem, gdy obiad był już na stole. Wychylił sporą szklanicę wódki, nalał drugą, przeżegnał się znakiem krzyża, wręczył mi ją - i nie mogłem się od niego uwolnić, póki nie przełknąłem całej szklanki" - wspominał Poniatowski, który utracił w tym czasie niemal cały swój majątek. Aby go odzyskać, jeździł aż do Petersburga na dwór carycy Katarzyny II. Jednak dopiero po jej śmierci zdjęto sekwestr z jego dóbr. Nie zmieniło to jednak losu pałacu.

Poniatowski chciał na zawsze opuścić Polskę. Zaczął sprzedawać swój majątek. 4 listopada 1799 r. posiadłość w Ustroniu za pośrednictwem szambelana Wiktora Gołuchowskiego sprzedał ostatniemu wojewodzie wileńskiemu Michałowi Hieronimowi Radziwiłłowi.

Potem dla willi nastały znacznie gorsze czasy. W 1806 r. zajęli ją Francuzi. Aż do 1898 r. mieścił się tu lazaret. Siedziba została zdewastowana. Ostatecznie w 1820 r. Radziwiłł sprzedał ją rządowi Królestwa Polskiego. Budynki przebudowano i urządzono w nich koszary nazywane Radziwiłłowskimi. Zlikwidowano wówczas galerie arkadowe, a w ich miejscu stanęło nowe skrzydło. Te zabudowania potem wielokrotnie przekształcano. Mury pałacu dotrwały aż do 1944 r., kiedy zostały zniszczone.

Po wojnie niczego tu nie próbowano odbudowywać. W latach 60. postawiono szkołę. Typową tysiąclatkę o nijakiej architekturze.

Dobra dla Zubowa

Po ostatnim rozbiorze Polski majątek księcia Stanisława Poniatowskiego został obłożony sekwestrem. Ponoć stało się to za namową Płatona Zubowa, postaci ponurej, pozbawionego skrupułów faworyta carycy Katarzyny II. Zubow zrobił błyskotliwą karierę: od niskiej rangi oficera gwardii po jedną z najbardziej wpływowych osób w państwie. Nie grzeszył rozumem, miał jednak wielkie ambicje. "Przepadał za drogimi kamieniami. W kamizelce nosił diamenty. Podczas rozmowy lubił je wyciągać i przesypywać z ręki do ręki, obserwując, jak mienią się i skrzą w promieniach światła" - pisał historyk Władysław Serczyk. Zubow umiał zadbać o własne interesy. Za udział w rozbiorach Rzeczypospolitej otrzymał ogromne dobra. A oto jak o całej sprawie pisał Stanisław Poniatowski: "Dokonał się całkowity rozbiór Polski, a majątki moje położone niemal wyłącznie w zaborze rosyjskim z rozkazu władz uległy sekwestrowi. Utraciłem swoje dochody, gdyż resztę dóbr musiałem sprzedać w celu spłacenia długów. Pisałem wiele podań, domagając się zwrotu moich dóbr, lecz nie otrzymałem żadnych odpowiedzi. Dowiedziałem się skądinąd, że nienasycony książę Platon Zubow zażądał konfiskaty moich dóbr na swoją korzyść. Imperatorowa odpowiedziała: »Zgadzam się na sekwestr. Co do konfiskaty zobaczymy w przyszłości «".

Metryka pałacu

Adres: Górnośląska 45
Numer hipoteczny: 1755
Zbudowany: ok. 1780
Projektant: Stanisław Zawadzki
Całkowicie przebudowany: ok. 1820

Źródło Gazeta Wyborcza: http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34880,1455776.html?as=2&ias=2&startsz=x

25
Historia / Górnośląska 41 - dom prof. Mariana Lalewicza
« dnia: Styczeń 05, 2007, 11:56:49 am »
Górnośląska 41

Jerzy S. Majewski
2007-01-04,
ostatnia aktualizacja 2007-01-04 21:08

Na drzwiach nieco zaniedbanej willi w Kolonii Profesorskiej widnieje litera L. To inicjał właściciela budynku Mariana Lalewicza, jednego z najbardziej znanych architektów warszawskich 20-lecia międzywojennego
Profesor Lalewicz nie wierzył w zjawiska paranormalne. Podśmiewywał się w duchu z najsłynniejszego jasnowidza przedwojennej Polski Stefana Ossowieckiego. Do czasu. Kiedyś Ossowiecki znalazł się na przyjęciu w domu architekta.

- Zrobię rysunek, włożę go do koperty i pan mi powie, co na nim narysowałem - oświadczył wuj. Narysował strusia chowającego głowę w piasek, włożył do koperty i dał ją do ręki Ossowieckiemu. Ten popatrzył na zamkniętą kopertę i powiedział: - Struś chowa głowę w piasek. Wuj był mocno zdziwiony - wspomina pani Maria Szolc, bratanica żony Lalewicza.

Czy Ossowiecki już wtedy potrafił przewidzieć przyszłość domu zarekwirowanego w 1942 r. przez Niemców? Nie wiemy. Obydwaj, architekt i jasnowidz, zostali rozstrzelani przez Niemców w czasie Powstania Warszawskiego. Dodajmy, że Ossowiecki, podobnie jak Lalewicz studiował w Petersburgu i był z wykształcenia inżynierem.

Tenis i wynalazki

W willi przy schodkach na Górnośląskiej 41 przypominającej nieco barokowe puzderko z kartuszem herbowym w fasadzie zawsze było gwarno. Lalewicz mieszkał z żoną Marią z Radlińskich, teściową Michaliną Radlińską z Osipowów i dwoma żonatymi synami: Stanisławem i młodszym Witoldem.

Stanisław był łącznościowcem i radiowcem, a w czasie drugiej wojny światowej według opowiadań rodzinnych, służąc w wojsku w Anglii, prawdopodobnie współpracował z wywiadem. Polskim czy może brytyjskim - tego nie wiemy. Dokonał też wówczas kilku wynalazków radiowych. Między innymi skonstruował sygnalizator ułatwiający odnalezienie zestrzelonych pilotów. Inny wynalazek umożliwiał wysłanie sygnału przez skoczka po wylądowaniu w Polsce.

Z kolei Witold poszedł w ślady ojca i został architektem. I on w czasie wojny trafił do Anglii, aby zostać tam już do końca życia. - Według naszej wiedzy Witold Lalewicz, służąc w wojsku, miał przygotowywać się do zrzutu nad Polską, ale po złamaniu nogi nie mógł skakać - mówi powinowaty Lalewiczów Paweł Uśpieński.

- Z jednym z młodych Lalewiczów grywałem na kortach Legii, gdzieś na przełomie lat 20. i 30. Serwował, wykonując zaskakujące ruchy - wspomina Kordian Tarasiewicz prowadzący tuż przed wojną firmę handlującą kawą. Sam w domu Lalewicza nie bywał. Znał go jednak doskonale, bo przyjaźnił się z rodziną najbliższego sąsiada architekta, także profesora architektury Czesława Przybylskiego.

Pokój "czarnej babci"

Gdybyśmy przenieśli się w czasie, drzwi willi Lalewiczów otworzyłaby nam służąca. To ona zaanonsowałaby nas państwu. Chwilę później znaleźlibyśmy się w holu. Wnętrze domu Lalewicza (zaprojektowanego przez architekta i powstałego po 1923 r.) zaskakiwało różnicami poziomów. Kondygnacja, która od strony ulicy była parterem, zamieniała się w piętro od ogrodu. To dlatego w budynku zajmującym stosunkowo niewielką działkę tak ważną rolę odgrywały schody.

Jak wspomina Maria Szolc, tuż przy wejściu od Górnośląskiej znajdował się kwadratowy hall. - Po lewej widniały drzwi do pracowni architektonicznej Lalewicza. To było największe pomieszczenie w budynku, ciągnęło się przez całą jego szerokość. Z pracownią sąsiadował salonik na półpiętrze. Wchodziło się do niego z holu lekko pod górkę, po dwóch czy trzech schodkach - wylicza pani Szolc.

W innym pokoju sąsiadującym z salonikiem mieszkała teściowa profesora Michalina Radlińska. Maria Szolc wspomina, że z przedsionka po prawej na piętro prowadziły zakręcane schody. Tam w pokoju najbliżej nich najpierw mieszkała "babcia Czarna". To teściowa Lalewicza, która ubierała się zwykle na czarno. Gdy nieszczęśliwie z tych schodów spadła, chodziła o lasce i zamieszkała niżej. Na poddaszu znajdowało się mieszkanie starszego syna profesora Stanisława i jego żony.

Kolejne, mocno zakręcające schodki wiodły też z holu na dół do wąskiego korytarzyka, w którym znajdowały się drzwi do gabinetu architekta i do jadalni. Była to kondygnacja od strony Górnośląskiej pogrążona pod ziemią. W jadalni z wyjściem na taras i ogród stał ogromny stół na 24 osoby i m.in. wyściełane krzesła z obiciami w paseczki. Był tam też duży kominek, na którym stał zegar i figurki, m.in. dyskobola. - W czasie wojny został tam wmontowany termon, mały piecyk w kształcie sześcianu, z pokrywą. Wrzucało się do niego parę węgielków czy brykietów tak, by cokolwiek grzało, a na wierzchu stawiało się garnek z zupą - opowiada Maria Szolc.

Klasyczna miłość nadplatoniczna

Choć w czasach petersburskich przed rewolucją w 1917 r. Lalewicz preferował nowoczesne rozwiązania architektoniczne, to jego warszawski dom miał wyposażenie zdecydowanie mieszczańskie. - Na ścianach były tapety dekorowane we wzory. Najciemniejszy był chyba gabinet. Stały tam dwa-trzy duże fotele ze skóry, chyba wiśniowe. Na jednej ze ścian nad fortepianem widniał portret cioci Mani. Były tam też duże szafy z książkami, których nie brakowało zresztą w całym domu - wspomina pani Szolc. Te półki z książkami wymieniali m.in. studenci architekta w wyjątkowo złośliwym tekście szopki wystawionej przez uczniów Szkoły Sztuk Pięknych.

Przyszli architekci wyśmiewali w niej sędziwego akademika hołdującego wzorom klasycznym: "(...) Miłością nadplatoniczną/Uwielbiam sztukę antyczną.../Jej nagość boską i cudną/Owinę w płachtę teorii,/aż staje się suchą i nudną/I wszystkie członki jej chudną./Sam chodzę w chwale i glorii!/Malować nic nie potrafię,/Lecz tyle książek mam w szafie./I tyle razy gadałem - aż profesorem zostałem (...)".

- Swój wkład w budowę domu miał też świeży architekt, syn profesora Witold Lalewicz. Sam zaprojektował przybudówkę do willi i w niej zamieszkał. Inaczej niż w domu profesora, jej wnętrza były bardzo nowoczesne. Łączyło ją z domem podziemne przejście - opowiada Paweł Uśpieński.

Opuśćmy jednak pełen książek dom architekta i wejdźmy do urokliwego, starannie zadbanego ogrodu. Tu prawdziwe cuda sztuki ogrodniczej wyczarowywał dochodzący ogrodnik, pan Zimny. - Na wprost jadalni była ścieżka żwirowa, rosły śliczne piwonie, irysy i inne kwiaty oraz grusza. Na murze od strony willi Michalskich pięły się róże. Było też "tajemne" przejście do wąwoziku, którym można było wyjść przez tylną furtkę na uliczkę Profesorską. W 1939 r. w ogrodzie upadł pocisk armatni, ale na szczęście nie wybuchł. Nie byłoby nas! - mówi Maria Szolc.

Uchodźcy z Poznania

We wrześniu 1939 r. budynek specjalnie nie ucierpiał. - Nasz wuj chodził po Warszawie, obliczał, ile budynków było zburzonych, ile uszkodzonych i w jakim stanie. Przyniósł też do domu bardzo dokładne mapy, na których zaznaczało się na zielono (słabo, średnio i mocno) stopień zniszczenia tych budynków. Sama to malowałam pod wujka kierownictwem. Było tego dużo. Później stworzyło się małe biuro. Być może wśród nich byli współpracownicy profesora sprzed wojny. Uczestniczyłam w tych pracach do początków listopada 1939 r., kiedy mieszkaliśmy u wujostwa - przypomina sobie pani Szolc.


Jej dom rodzinny stał niedaleko, na Szarej. Budynek ten został uszkodzony. To właśnie Lalewicz ocenił jego stan. Stwierdził, że kamienica się nie zawali i pani Szolc wraz z rodziną wróciła do domu przed 11 Listopada 1939 r.

W styczniu 1940 r. w willi profesora zamieszkali jego krewni wysiedleni z Wielkopolski. Pisze o tym Alicja Kaczyńska w książce "Obok piekła": "Dochodziły wieści, że Niemcy wysiedlają polską ludność z Poznania i innych miast dawnego zaboru pruskiego. I rzeczywiście, niedługo przyjechała do moich stryjostwa cała rodzina stryjenki z Poznania, adwokat Henryk Kwiczala z żoną, trzema córkami i synem. Pozwolono mu zabrać tylko po jednej walizce na osobę". Mieszkali tam, w przybudówce, aż do chwili wysiedlenia przez Niemców mieszkańców ulicy Górnośląskiej w lipcu 1942 r.

W swojej willi Lalewicz prowadził tajne komplety. Jak opowiada pani Szolc, wykładał tam historię sztuki lub architekturę. W trakcie zajęć drzwi z gabinetu do jadalni były otwarte tak, aby w razie czego łatwiej było uciec do ogrodu. Pośród uczestników kompletów pani Szolc przypomina sobie trzy koleżanki z Liceum im. Słowackiego - Miączyńską, Dudziankę i Dziamiankę.

Lalewicz w swoim domu mieszkał do lipca 1942 r. Wtedy to okupanci zaczęli tworzyć dzielnicę niemiecką. Któregoś dania zjawili się w willi przy Górnośląskiej z nakazem meldunkowym. Profesor miał kilka dni na znalezienie mieszkania i przeprowadzenie się. Wspomina o tym Alicja Kaczyńska: "Niemcy zajęli całą Górnośląską aż do schodków, łącznie z kolonią profesorów Politechniki. Stryj Marian musiał opuścić willę i przenieść się na Muranowską 12". Tam w kilku pożydowskich domach, na granicy getta, zamieszkało wówczas wielu wysiedlonych mieszkańców Górnośląskiej. Lalewicz zginął w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego. Willa na Górnośląskiej przetrwała wojnę, ale rodzina Lalewicza już jej nie odzyskała.

PS Za pomoc w napisaniu tekstu dziękuje panu Pawłowi Uśpieńskiemu
Źródło: Gazeta Wyborcza http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34880,3830213.html

26
Nowe inwestycje / Kruczkowskiego - "Patria"
« dnia: Styczeń 05, 2007, 11:31:21 am »
Cytuj
PATRIA

Wyjątkowe miejsce , w zielonym otoczeniu Powiśla, w samym sercu Warszawy. Układ czterech budynków tworzy unikalny, luksusowy kompleks mieszkalno - apartamentowy przy ulicy Kruczkowskiego. Spacer nad Wisłą przez Park Rydza Śmigłego - wzdłuż Książęcej, czy też miłe chwile w jednej z restauracji lub kawiarni na Placu Trzech Krzyży, wizyta w Muzeum Narodowym lub zakupy na Marszałkowskiej lub Alejach Jerozolimskich. Wygoda i prestiż Centrum Stolicy - taka jest właśnie Patria.



Układ czterech budynków tworzy unikalny, luksusowy kompleks mieszkalno-apartamentowy.
Dwa spośród czterech budynków Patrii - to ulokowane od północy apartamentowce. Mieszkańcy apartamentów będą mieli okazję podziwiać przepiękną panoramę Warszawy. Od strony południowo - wschodniej położone są dwa kameralne budynki, siedmio- i ośmiopiętrowe. Usytuowane są przy obrzeżach działki, a przestrzeń w środku tworzy wewnętrzne patio ze wspaniałymi, starymi drzewami. Dużo przestrzeni i zieleni harmonizuje z parkowym otoczeniem kompleksu.

Projektant: Pracownia Mąka. Sojka. Architekci Sp. J.


Ten budynek niestety nie prezentuje się zbyt dobrze.



27
Nowe inwestycje / Fabryczna 13 - Biura "Riverside Park"
« dnia: Styczeń 05, 2007, 11:24:17 am »
Cytuj



Kompleks dwóch prostokątnych, bliźniaczych budynków biurowych położonych przy Trasie Łazienkowskiej. Sposób ich ustawienia oraz zestawienie różnych typów elewacji dodatkowo podkreśla dynamikę układu w tak ruchliwym miejscu jakim jest Trasa. Główny dziedziniec wejściowy od strony ul. Fabrycznej to kompozycja zieleni i szklanych, transparentnych elewacji.





 

28
Po godzinach / "Co myślę, gdy widzę Powiśle" - pisze Wojciech Mann
« dnia: Styczeń 05, 2007, 11:18:57 am »
Co myślę, gdy widzę Powiśle - pisze Wojciech Mann



Nie urodziłem się tam i tam nie mieszkam, ale myślę o sobie jako o chłopaku z
Powiśla. W końcu przeżyłem tam grubo ponad czterdzieści lat. Róg Tamki i
Dobrej to mój róg. Na to skrzyżowanie wychodził mój balkon, przy tym
skrzyżowaniu stoi mój kiosk Ruchu, w którym od niepamiętnych czasów mieliśmy
teczkę z "Przekrojem" i innymi reglamentowanymi wydawnictwami, na tym też
skrzyżowaniu rozwaliłem przód żółciutkiego fiata 126p podczas gwałtownego
spotkaniu z bardzo porządnie blacharsko wykonaną skarpetą, czyli syreną 105.

Z mojego okna widać było dymiące kominy elektrociepłowni, dzięki której nasze
parapety przez wiele lat permanentnie pokryte były sadzą. Wychyliwszy się
przez balkon, dało się zobaczyć wejście do malutkiego lokalu, który najpierw
chyba nazywał się Wisienka, potem Pod Skarpą, a następnie Syrenka. Jak kiedyś
napisał nieboszczyk "Express Wieczorny", spotykali się tam "rzemieślnicy z
Powiśla". To prawda, ale autor tej notatki zdziwiłby się, widząc, jak bardzo
różne specjalności ci rzemieślnicy reprezentowali. Było też ode mnie prawie
widać Wisłę i Park Kultury i Wypoczynku położony wzdłuż Wybrzeża
Kościuszkowskiego. Z tą kulturą i wypoczynkiem różnie tam bywało. W latach
50. i 60., szczególnie po zmroku, w rzeczonym parku albo przy wejściu do kina
Energetyk niezwykle łatwo można było dostać w dziób. Ale, jak to mówią, gra
śmielsza, gra weselsza, więc chodziło się i do kina, i do serwującej piwo
kawiarenki, a właściwie piwiarenki, Mewa, zaraz obok pomnika Syreny.

Moje Powiśle miało zawsze własny, specjalny charakter. Niby dwa kroki od
Śródmieścia, Świętokrzyskiej, Nowego Światu, ale oddzielone niewidzialną
granicą. Z pewnością dużą rolę odgrywała tu różnica poziomów. Pnąca się od
Dobrej w stronę Kopernika Tamka była strefą przejściową między dzielnicami.
Dzięki tej różnicy poziomów pędzące w dół od Śródmieścia ciężarówki i
autobusy przez długi czas nie uznawały zainstalowanej w pewnym momencie
sygnalizacji świetlnej i regularnie doprowadzały do efektownych kolizji.
Niektóre wjeżdżały w witrynę sklepu z artykułami gospodarstwa domowego, co
łatwo było rozpoznać po charakterystycznym dodatkowym łupnięciu.

Moje Powiśle przez dziesięciolecia zmieniło się bardzo niewiele. Wciąż przy
Dobrej, Solcu, Smulikowskiego stoją stare, przedwojenne domy, prawie
niezmieniona jest geografia sklepów i punktów usługowych, wciąż spotykam tam
swoich byłych sąsiadów. Jednak nowe zaczyna i tam zaglądać. Biblioteka
Uniwersytecka zmieniła nie tylko wygląd Dobrej, ale też jej demografię. Obok
powstają niezwykle nowoczesne apartamenty dla bogaczy. Kominy
elektrociepłowni już nie dymią, a w jej zabytkowych murach mają powstać
lofty, czyli bardzo atrakcyjne mieszkania. Nawet nadwiślańska Syrenka
dorobiła się fontanny, choć dni jej działania są dla mnie sporą zagadką. Te
zmiany w mojej byłej dzielnicy bardzo mnie cieszą. Wielkie billboardy wzdłuż
płotu elektrowni obiecują jeszcze nowocześniejszy wizerunek dzielnicy. Ale
przyznam się, że chciałbym, żeby te zmiany nie zniszczyły doszczętnie dawnego
Powiśla. Bo któregoś dnia przyjadę tam, i poczuję się obcy. I to będzie dla
mnie bardzo smutny dzień.

Wojciech Mann
2006-09-28

Źródło: Gazeta Wyborcza http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,3651271.html

29
Nowe inwestycje / EC Powiśle - inwestycja Mennoly Poland
« dnia: Styczeń 05, 2007, 11:16:00 am »
Warszawa zbliża się do Wisły
Dariusz Bartoszewicz 2006-11-16

Apartamenty z widokiem na rzekę, sklepy i kawiarnie w starej hali maszyn i kotłowni - na terenie dawnej Elektrociepłowni Powiśle Irlandczycy budują kawałek miasta. Przy Dobrej powstaną nowe gmachy na potrzeby Uniwersytetu. W przyszłym roku zacznie się budowa Centrum Nauki Kopernik nad tunelem Wisłostrady

Powiśle w sąsiedztwie Biblioteki Uniwersyteckiej zmieni się nie do poznania

Z widokiem na rzekę

4,3 ha na terenie dawnej Elektrociepłowni Powiśle szwedzka firma Vattenfall sprzedała za 130 mln zł spółce Menolly Poland. To oddział irlandzkiej firmy Menolly Homes. W pracowni APA Kuryłowicz & Associates powstał projekt o nazwie Nowe Powiśle. Można go uznać za sukces "Gazety". Zawsze broniliśmy stuletniej hali maszyn i kotłowni z lat 20. Zabytkowe budynki elektrociepłowni udało się uratować. Staną się teraz główną atrakcją i sercem nowego osiedla.

- W zrewitalizowanych obiektach znajdą się sklepy, kawiarnie, restauracje. Już sobie wyobrażam rozchodzący się wokół zapach wypiekanego na miejscu pieczywa i świeżo palonej kawy. W ogromnych piwnicach może działać klub jazzowy - planuje Jarosław Gorzko z Menolly Poland.

Ale ta część Nowego Powiśla, dla większości najciekawsza, bo publiczna i oferująca rozmaite atrakcje w postindustrialnych dekoracjach, powstanie dopiero w drugim etapie. Jej realizacja ma się zacząć pod koniec 2007 r. Kilka miesięcy wcześniej, zapewne w połowie roku, rozpocznie się budowa mieszkań. Domy z apartamentami od 41 do ponad 220 m kw. (można je łączyć w większe - do ponad 300 m kw.) powstaną w kwadracie ulic: Wybrzeże Kościuszkowskie, Lipowa, Dobra i przebita nad Wisłę Leszczyńska.



- Narysowaliśmy dwa rzędy budynków w taki sposób, by z większości mieszkań były widoki na Wisłę - tłumaczy prof. Stefan Kuryłowicz.

To dlatego w projekcie wzdłuż Wybrzeża Kościuszkowskiego widać ustawione jak pod sznurek trzy bryły o sześciu kondygnacjach. Między dwupiętrowe łączniki. - Dzięki temu powstały prześwity, przez które można oglądać rzekę także z drugiego rzędu domów - zaznacza architekt.



W parterach pojawią się niewielkie sklepy i lokale usługowe. Mieszkania ulokowane nad nimi będą mieć ogromne okna i balustrady wykonane ze szkła. Elewację ozdobi piaskowiec i okładziny z drewna.



Widoki z innych domów też mogą być fantastyczne - na Bibliotekę Uniwersytecką, skarpę, wysokie budynki w centrum czy Zamek Królewski.

Plac przed halą maszyn

- Na razie inwestor ma decyzję o warunkach zabudowy. Nasz urząd prowadził z nim długie dyskusje. Zastanawialiśmy się, co zrobić z budynkami elektrociepłowni, których nie wolno zburzyć, bo są zabytkowe. I jak wszystko zaprojektować, by nie powstało kolejne blokowisko - mówi Michał Borowski, naczelny architekt miasta.

Okazuje się, że pomysłów nie brakowało. Mówiło się m.in. o tym, by przy Wisłostradzie umieścić scenę teatralną, którą był zainteresowany Grzegorz Jarzyna. Teraz wygrywa w tym miejscu koncepcja niewielkiego, ekskluzywnego hotelu.

Przed główną halą dawnej elektrociepłowni inwestor zapowiada urządzenie niewielkiego publicznego placu. Jego pierzeje wyznaczą nowe budynki. - Z usługami wzdłuż Dobrej, w głębi będą apartamentowce - mówi Jarosław Gorzko. Nie wyklucza też loftów w części zabytkowych zabudowań, "bo pytają o nie klienci".

Źródło: Gazeta Wyborcza

Drugi etap będzie realizowany w kwartale ulic: Wybrzeże Kościuszkowskie, Zajęcza, Dobra i przedłużona Leszczyńska. W sumie na Nowym Powiślu przybędzie 800 mieszkań i 15 tys. m kw. powierzchni handlowych oraz parking podziemny na ok. 1000 samochodów.

- To fantastyczny projekt. Za trzy lata nad Wisłą zobaczymy całkiem inny świat - z mieszkaniami, Centrum Nauki Kopernik, budynkami uniwersyteckimi. W przyszłości powstanie druga stacja metra. Mam takie marzenie, by nad Wisłą i niedaleko Syrenki powstał też kiedyś warszawski ratusz - zdradza naczelny architekt miasta.

Dariusz Bartoszewicz
http://dom.gazeta.pl/nieruchomosci/1,73497,3740743.html

30
Nowe inwestycje / Blok zamiast fabryki cukierków na ul. Topiel
« dnia: Styczeń 05, 2007, 11:10:05 am »
Na Powiślu bloki zamiast fabryki cukierków

Krzysztof Jóźwiak, współpraca Tomasz Urzykowski
2006-12-04, ostatnia aktualizacja 2006-12-04 12:03

Z krajobrazu Powiśla zniknęły charakterystyczne zabudowania dawnej fabryki słodyczy Fuchsa przy ul. Topiel 12. W ich miejscu staną budynki mieszkalne i biura

Za ceglanym murem okalającym teren między ulicami Drewnianą, Topiel i Zajęczą spychacze rozgarniają gruzowisko, które pozostało po fabryce. Niedługo zniknie również mur, zza którego przez blisko sto lat unosił się słodki zapach karmelków. - To był jeden ze starszych zakładów przemysłowych w Warszawie. W latach międzywojennych zatrudniał około 500 pracowników i konkurował z Wedlem - mówi Jerzy Jasiuk, dyrektor Muzeum Techniki.

Firma założona w 1829 r. przez Franciszka Fuchsa mieściła się przy ul. Topiel 12 od 1912 r. Fabryka słynęła z produkcji karmelków, irysów i lodów Pingwin. Po wojnie zakład upaństwowiono i zmieniono nazwę na ZPC Syrena. Ostatnim właścicielem była amerykańska firma Leaf, która przez pewien czas kontynuowała produkcję słodyczy, ale w 2005 r. sprzedała zabudowania firmie Nieruchomości Powiśle, która chce wybudować tu mieszkania i biura.

Fabryka przy Topiel 12 nie była wpisana do rejestru zabytków, ale widniała w ewidencji stołecznego konserwatora zabytków - oznacza to, że objęta była jego ochroną. Konserwator uznał za wartościowy jedynie najstarszy budynek na rogu Drewnianej i Topiel i zalecił, "aby rozważyć możliwość jego adaptacji". - Początkowo mieliśmy zamiar zachować część zabudowań, ale ekspertyzy wykazały, że fundamenty są bardzo kruche i nie ma sensu ich odnawiać - tłumaczy Piotr Konowrocki, prezes Nieruchomości Powiśle.

Dlatego właśnie dostała zgodę na wyburzenie całej fabryki.

Na całe szczęście uwzględniono inne zalecenie konserwatora dotyczące zharmonizowania planowanej zabudowy z już istniejącą, pochodzącą z XIX i początku XX w. - Inwestor musiał tak skorygować projekty, aby nowe budynki utworzyły zwarte pierzeje ul. Drewnianej, Topiel i Zajęczej - mówi Alina Wojda z delegatury Biura Naczelnego Architekta Miasta w Śródmieściu.

Zespół budynków przy ul. Topiel. będzie nazywał się Hortus. Powstanie około 24 mieszkań o powierzchni od 200 do 300 m2. Mniej więcej połowa z nich będzie sprzedana na wonym rynku, resztę zachowują dla siebie inwestorzy. Ceny za metr kwadratowy jeszcze nie ustalono, poznamy ją dopiero kiedy budynek będzie w stanie surowym czyli mniej więcej za rok. Wtedy tez będzie wiadomo za ile zostaną sprzedane biura, które zajmą około 10 000 m2 powierzchni. W części mieszkalnej powstanie także basen.

- Od strony Drewnianej powstanie budynek mieszkalny nawiązujący stylem do architektury lat 20. ubiegłego wieku - zachwala Piotr Konowrocki.

Mniej ciekawie prezentują się budynki biurowe, które staną wzdłuż ulic Topiel i Zajęczej. Inwestor zachował jednak historyczny zamysł urbanistyczny i narożnik ul. Topiel i Drewnianej będzie miał charakterystyczny nieregularny kształt. Na dziedzińcu między budynkami powstanie ogród. Początek inwestycji planowany jest na połowę przyszłego roku. - Przewidujemy też umieszczenie tablicy informującej o historii tego miejsca - mówi Piotr Konowrocki.



Miłośnicy starej Warszawy są jednak niepocieszeni. - Siedziba fabryki Fuchsa to świadectwo tradycji warszawskiego przemysłu. Powinno się pozostawić choćby fragment fabrycznych zabudowań. Burząc wszystko, niszczy się materialne ślady historii miasta i zabija pamięć Warszawy - uważa Jerzy Jasiuk.
Źródło: GAzeta Wyborcza http://dom.gazeta.pl/nieruchomosci/1,74935,3770734.html

Strony: 1 [2] 3